niedziela, 2 grudnia 2012

Kęsowo

Powiedziałam komuś w piątek, że nie chcę jechać na ten turniej, bo będzie beznadziejny. Nie pomyliłam się z tą prognozą.
To był turniej z najdziwniejszymi zasadami, jakie do tej pory spotkałam. Przykładowe dziwactwa:
- czas gry 30 min bez przerwy i bez zmiany boisk,
- przy braniu przez trenerów czasu, czas gry leciał nadal,
- przy optrzymaniu 2 min lub jakiegoś poważniejszego wypadku czas również nie był zatrzymywany.
A sędziowie tacy ciut ślepi.
W piąteczek dwa mecze. Z Łączpolem Gdynią i Sadlinkami. Grałysmy, jakbyśmy to nie były my. Totalne zero wszędzie. Ale obroniłam kontrę pajacem. Fuck yeah. Szkoda, że to nie zmieniło wyniku.
Sobota. Pierwszy mecz z Kwidzynem. 56% skuteczności, tu się moge cieszyć. Dwie kontry złapałam siadem. Ogólnie tak trochę kolana w dupę na tym meczu dostały. Mam siniaki albo nawet krwiaki na obu. So sweet. Ale wygrany.
Drugi z czymś tam, też wygrany. Dwoma bramkami. A powinnyśmy trzema, bo wtedy grałybyśmy o trzecie miejsce. Jakby sędzi nie zachciało się gwizdać karnego w ostatnich pięciu sekundach, to by było dobrze. Takie tam przelobowanie.
Dyskoteka encepence. No okej.
I dzień dzisiejszy - jeden mecz, wygrany, ale co z tego, skoro i tak tylko V msce? A dlaczego? Bo bramki. Tak byśmy miały trzecie. No cóż.
Dziwne sny o ślubie, płaczu i dyskotekach.
Dziewiątka trzecie miejsce, Bocianowi 3, a starsi 2. Spoczo. :3
Leszek i jego usta, przy których nawet moje nie wyglądają na tak zmaltretowane.

A teraz, jak mi ktoś powiedział, mam nie nadrabiać nic i iść spać. Ale ja idę obejrzeć Damona (<33) i może potem pójdę spać.

Jutro poniedziałek.
Jutro szkoła.
Jutro praca klasowa.
Jutro historia.
Jutro.. Ty.


"Ale ja lubię tylko suszone rodzynki."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz